sobota, 8 maja 2010

Być kibicem w Maroku!

Maroko kocha piłkę nożną! Obecnie trwają rozgrywki ligi hiszpańskiej i oczekiwanie na finał Ligi Mistrzów. To gorący okres dla kibiców, a kibicem jest tu prawie każdy mężczyzna czy chłopak. Kibicuje się głównie dwóm drużynom zagranicznym, albo Real Madryt albo FC Barcelona. Intensywność emocji kibiców rośnie w miarę przesuwania się na północ kraju..

Całe Maroko kocha Barcelonę, wydaje się że klub ten ma więcej zwolenników. Ludzie utożsamiają się z drużyną, jakby to była „nasza”, tj. krajowa.. lub może to poczucie bliskości Hiszpanii.. czy też echa dawnego protektoratu, koloni de facto (Hiszpanie opuścili Maroko ponad 50 lat temu, pozostawiając sobie dwa miasta - eksklawy na północnym wybrzeżu – Ceutę i Melillę).. czy też jeszcze cofając się dalej.. to poczucie dawnych ziem.. utraconego rajskiego al-Andalus?
Być może kibice po prostu lubią to co dobre!

Pasja do piłki nożnej jest wszędzie... w niemal każdej restauracyjce czy sklepie można dość łatwo zorientować się za kim jest właściciel, za „Królewskimi” czy za „Barcą”..  (Nie widziałam do tej pory żadnego plakatu klubowego z Maroka!)

w małej górskiej kawiarni w Tafraoute, mniej więcej 160 km na południe od Agadiru

Liga Włoska też ma swoich zwolenników.

Co do płci pięknej, to próżno jej szukać w wypełnionych po brzegi kawiarniach/sklepach z RTV/sklepach przeróżnych, gdzie właściciele montują odbiornik telewizyjny, by dzięki podzielnej uwadze, podczas obsługi klientów, dostarczać sobie rozrywki  każdego długiego dnia pracy.. Nie tam są tylko mężczyźni.

Lecz jeśli spytać którąś marokankę (młodą), komu kibicuje, to można usłyszeć że generalnie Lidze Włoskiej, gdzie chłopcy z boiska są ładni.. a szczególnie Totti.. ah te niebieskie oczy blondynów... bo przecież takich w Maroku niewielu!

Podczas każdej wieczornej transmisji miasto wręcz zamiera. Wszyscy faceci siedzą w kawiarniach.. a nawet tworzą półkola stojąc wokoło, gdy nie ma już wolnych miejsc.. Przechadzając się ulicą słyszy się włączone odbiorniki szczęściarzy, którym udało się jakimś cudem odbierać mecz anteną satelitarną.. część pewnie w tej chwili próbuje namierzyć jakieś połowicznie legalne źródło transmisji w internecie..  kilku mężczyzn stoi przed sklepem szewca, w innym miejscu znowu fryzjera, wpatrując się nieprzytomnie w ekran telewizora..

Młody chłopak mija mnie biegnąc wąską uliczką mediny.. jakby się paliło.. i po chwili odgłosy meczu.. tak, zapewne rozpoczyna się druga połowa!

dobra kawiarnia to ta z odbiornikiem telewizyjnym.. na wypadek ważnego meczu!

niedziela, 2 maja 2010

Maroko: W marinie

Maroko zmienia się bardzo szybko. Także Rabat się zmienia. Miasto powiększa się. Ciągle i nadal coś się przebudowuje..
Od 2008 roku od kiedy obserwuję Rabat, gołym okiem widzę zmiany. Szczególnie jeśli chodzi o realizację projektu budowy mariny..

początek 2008 roku - nadal nic, marina widoczna w oddali

już pracują pierwsze dźwigi, lato 2009

widok na deptak nadrzeczny - w oddali widoczne wspomniane kawiarnie, lato 2009

powstające hotele po stronie Salé, pochmurny dzień, wiosna 2010


Według tego co ludzie gadają, projekt wymyślił jeden lokalny profesor uniwersytecki i jak to zawsze w Maroku bywa, przedstawił go królowi, tenże pochylił się nad pomysłem i go zaakceptował co faktycznie oznacza że znaleźli się inwestorzy i budowa ruszyła. Brzydkie plotki głoszą że pierwotnymi inwestorami byli obywatele Arabii (Saudyjskiej lub jednego z krajów Zatoki) których, nawiasem mówiąc, się tu nie za bardzo lubi, ale to już inna historia. A więc według lokalnego podania oni to wykupili cały pas doliny, po obu stronach rzeki Bouregreg, która oddziela stolicę od przyklejonego do niej miasta Salé.
Niestety inwestorzy plan mieli zbyt wysoki. Wielokondygnacyjne hotele, gdyby powstały, przykryłyby medinę Rabatu i Salé, zmieniając na zawsze panoramę .. Wywołało to sprzeciw władz miasta i narazie nie wiadomo jak sprawa wygląda.. a Saudyjczycy sobie odjechali.

Natomiast sam projekt mariny, już z innym inwestorem, kwitnie..  Chodzi dokładnie o odcinek leżący tuż u podnóża starej mediny Rabatu, przy ujściu rzeki do oceanu.  W 2009 roku nadrzeczny deptak i kawiarenki po stronie stolicy zaczęły funkcjonować, a 2010 rok to już restauracje po stronie miasta Salé i nie byle jaka marina z jachtem brata króla na przedzie (dla niewtajemniczonych - to ten największy jacht w marinie ma się rozumieć).

Powstają ekskluzywne apartamenty i hotele.. Funkcjonujące od niedawna restauracje przyciągają właścicieli łódek i nie tylko.. Nie jest to ze względu na cennik miejsce dla przeciętnego mieszkańca miasta, niestety.. Jest tu nowo, drogo i wykwintnie. Podam tylko że cena za samą tylko kawę jest 3x wyższa niż suma jaka zapłaci się w medinie..
Dwa nowo otwarte lokale mariny to restauracja hiszpańska i pierwsza tradycyjna restauracja japońska w Maroku z iście japońskim menu. W „hiszpańskiej” ciągle ruch, mniemam że walą tam tłumnie stęsknieni swojskiego jedzenia Hiszpanie pracujący tu w stolicy. Co do restauracji japońskiej - zostałam zaproszona na sashimi 3 dni po otwarciu.. nadal jeszcze nie było gości.. poza pałacem.. Kto z pałacu? Brat króla oczywiście. Król (z tego co wieść gminna niesie przybywa najczęściej w Tetuan na północy lub też w Fezie).

Dla mnie był to pierwszy raz z japońskim sashimi. Było zabawnie i nieco nagannie. Pałeczki nie działały w mojej ręce.. Surowe kawałki ryby mnie nie zachęciły.. a obok czujne oko szefa kuchni który dotrzymywał nam towarzystwa.. hm.. ciekawe? Byliśmy królikami doświadczalnymi..  tak się trochę czułam..
Poza sashimi, o którym zostałam poinformowana że to sashimi, (doprawdy moja wiedza na temat kuchni japońskiej jest żenująca ) byłam w stanie zidentyfikować także zupę misoshiru, czyli tradycyjna zupę z tofu i wodorostami w składzie. To ona mi najbardziej smakowała, co zabolało zapewne kucharza, jako że była tylko dodatkiem do sashimi..

fot. wikipedia

Szef kuchni był bardzo miły. Opowiadał jak to się znalazł w Maroku, mówił o 6 porcjach sashimi przygotowywanych każdego dnia.. dla kogo? Dla brata króla oczywiście! Wyraził swoje zaniepokojenie widmem busy time gdy nieistniejące obecnie hotele/apartamenty będą gotowe.. hm..

Następnie po moim nieokrzesanym postępowaniu z sashimi nastała pora na herbatę. Japońską oczywiście z Japonii. W proszku oczywiście. Green powder. Był to prawdziwy test i oczy szefa kuchni śledziły pilnie 3 konsumentów.. Japończykowi smakowało, swój chłop więc wie co dobre. Dla niego PLUS. Ok. Dalej. Ta z Europy.. z Hiszpanii.. a nie! ..z Polski. Ok. Smakuje. PLUS. I następnie BIG test na siedzącym obok mnie Marokańczyku, poinformowanym zapobiegawczo o braku cukru w naparze. Koncentracja szefa kuchni - podniesienie naczynia do ust – i duże mniam mniam pojawiające się na twarzy Marokańczyka – ulga i uśmiech kucharza! Duży PLUS. I od tej chwili kucharz ma nadzieję że kochający herbatę z olbrzymią ilością cukru, lub też cukier w herbacie (trudno powiedzieć która sentencja bardziej prawdziwa) Marokańczycy także staną się klientami dla japońskiej herbaty.. hm.. nawiasem mówiąc w cenie 5x wyższej od ceny herbaty marokańskiej w  medinie.. no cóż po raz drugi.. to nie będzie marina dla każdego...

herbatka z szefem kuchni, a po prawej za mną sławetny jacht

Sashimi skończone a tu jak lunęło.. z nieba.. i jesteśmy przetrzymani tu w środku.. bo leje naprawdę niemiłosiernie, oznaka że zbliża się lato i temperatury wzrosną w oka mgnieniu!
Więc kolejna herbata i kolejny dzbanek i kolejny.. z pięć może ich było.. nadal pada.. Kucharz zagłębił się w siebie i przyniósł po chwili lody waniliowe. Zapewne byliśmy grzeczni. Lody bardzo dobre choć z pewnością nie japońskie!

W Maroku życie czasem boli. Podział bogaci - biedni jest aż nadto widoczny a przepaść dzieląca obie grupy jest olbrzymia. Całkiem inne życie, poziom życia dokładnie i całkiem inne to Maroko dla każdej z grup.

moje pałeczki - dostałam by poćwiczyć w domu..

sobota, 10 kwietnia 2010

Wiosna w Maroku


Wiosna w Maroku trwa zaledwie kilka tygodni, można jej nie zauważyć.. To taka krótka przejściowa pora pomiędzy zimą a latem. Gdy kończą się deszcze a zaczyna być już na dobre ciepło (powyżej 20 stopni) pojawiają się kwiaty i zakwitają na krótką chwilę drzewa. Już niedługo wszystko zamieni się w jednolitą zieleń pory letniej.

Czerwony kwiat widoczny na zdjęciu to dobrze nam znany, jako dodatek herbat owocowych, hibiskus. Czasem można spotkać także jego różową wersję. Tu używany jest przeważnie jako żywopłot otaczający pojedyncze wille lub mury miejskie. Roślina ta jako jedyna z nielicznych utrzyma swoje kwiaty także gdy skończy się już okres wiosenny.


Szczególnie pięknie wygladają kwitnące drzewa..

..na czerwono.. choć oryginalnie z Australii, także tu w Maroku mają się dobrze..


..w kolorze białym..

Rabat leżący nad Oceanem Atlantyckim jest zawsze dość wilgotnym i wietrznym miastem. 20 stopni wiosny odczuwa się inaczej niż w Polsce. Jest po prostu zimniej. Nikt nie nosi T-shirtów lecz swetry i wiosenne kurtki czy płaszcze. Starsi Marokańczycy noszą jako odzież wierzchnią cieple i długie dżilaby. Wieczory i noce są nadal chłodne. Nieraz muszę zmienić kurtkę na cieplejszą, gdy temperatura spada poniżej 15 stopni.

 i równie efektownie.. na żółto.

sobota, 27 marca 2010

Poszukując hakawatich w Marrakechu *

Lot Alicante-Marrakech. Na pokładzie mam ze sobą książkę Hakawati. Zagłębiam się w historię Hakawatiego z tureckiego miasta Urfa. Czytam o wielowiekowej tradycji bycia hakawatim – opowiadacza historii. Znużona przeglądam magazyn pokładowy na miesiąc luty. W pewnym momencie natrafiam na artykuł o hakawatich Marrakechu – „Moroccan Tales” ze zdjęciami Stefano Torrione. Lubię takie zbiegi okoliczności.

Tych hakawatich jest siedmiu. Tylu ich do dziś zostało w mieście.

Tym razem szukałam w Marrakechu hakawatich. Szukałam ich na placu, szukałam ich miejsca spotkań, jakim jest kawiarnia znajdująca się nieopodal. Nic. Byli jak fantazma. Po prostu ich nie było. Szukałam ich na początku lutego i byłam tu także pod koniec miesiąca. Nic, jakby snujący opowieści wyparowali z Marrakechu..

główny plac Marrakechu nocą - jak zwykle pełen turystów 

Maroko ma tysiące opowieści. Maroko ma nadal swoich hakawatich wędrujących pomiędzy małymi wioskami i miasteczkami. Maroko ma nie tylko takich hakawatich..

Na placu Jemaa el-Fna (pl. Dżemaa el-Fna), pulsującym sercu Marrakechu, a można nawet powiedzieć że centrum turystycznym Maroka, można znaleźć wszystko, ale sztuką jest znaleźć hakawatich..

Plac ten to miejsce na opowiadanie historii. Setki ludzi przetaczające się z jednego jego końca na drugi. Wieczór i wczesna noc to czas na magię. Sprzedawcy wody, zaklinacze węży, wróżki i co kto jeszcze potrafi wpatrzeć lub wymyślić. W tym jednym miejscu.

Setki turystów, tłumy turystów, a mimo to miejsce to nie traci swojego uroku. Jego czar przyciąga zarówno Francuzów, Niemców, jak i Marokańczyków.

Nocą plac wypełniony jest muzyką. Od grup gnawa (typ muzyki), po pojedynczych starczych muzykantów, staruszków i ich tradycyjne instrumenty, wciąż trwających ze swoją ledwo słyszalną piękną muzyką.


Zastanawiam się czy mają oni emeryturę.. i odpowiadam sobie że prawdopodobnie nie.. Warto na nich zwrócić uwagę na tym pełnym wszystkiego placu, na placu Jemaa el-Fna.

A o tradycji hakawatich mówi Prof. Marek Dziekan:


___________________________
* w j. polskim nazywany Marrakesz

piątek, 26 marca 2010

Hiszpania: Tortilla na lotnisku..

Mam takie małe przyzwyczajenie związane z lotniskami hiszpańskimi – nie ważne tu jest miasto – ważne że hiszpańskie.

Zaczęło się niewinnie, od opóźnienia wylotu. Był do Madryt. Wiedząc że będę musiała na jakiś czas pożegnać się z bocadillo con tortilla (kanapka z tortillą), postanowiłam dla zabicia czasu poświęcić się konsumpcji. I tak się uwarunkowałam. Odtąd, gdy jestem na lotnisku w Hiszpanii nie potrafię odmówić sobie tej kanapki. To takie moje powitanie z Hiszpanią. ( w wersji pożegnania także u mnie funkcjonuje!).

 fot. Wikipedia

Początki z tą kanapką nie były jednak proste. Jak na osobę z Polski jestem przyzwyczajona do pieczywa z masłem, a tu dość gruby omlet, wciśnięty w przekrojoną poprzecznie bagietkę. Trochę za sucho jak dla mnie i jedzenie jej wymagające dość szerokiego otwierania paszczy.. Szybko jednak zmieniłam zdanie stając się jej fanem.

Tortilla de patatas to mieszanina jaj z ziemniakami i cebulą. To jej najprostsza i najpopularniejsza wersja. Hiszpanie ją uwielbiają, często przyrządzając ją w domu. Tortilla jest najczęściej wielkości domowej patelni. Jaka wielkość patelnia taka tortilla. Tortilla jest dość gruba, mniej więcej kilka centymetrów – zgodnie z głębokością patelni w której była robiona. Odnośnie patelni – w pewnym momencie przyrządzania tortilli, gdy sprawia ona wrażenie gotowej z jednej strony, następuje szybkie i zdecydowane podrzucenie całości do góry, coś na kształt podrzucania ciasta wyrabianego na pizzę, by tym razem to wierzch omletu spoczął na dnie naczynia.

Dla mnie tortilla przypomina trochę ciasto, i także kroi się ją na porcje tak jak ciasto.
fot. Wikipedia

Ja znajdowałam tortillę jako pomysł na duże śniadanie, co moi, swego czasu, hiszpańscy współlokatorzy uważali za dość dziwne. Tortilla to raczej wieczorny posiłek w Hiszpanii, może też być to obiad.

W sklepach Santiago można było dostać także gotową tortillę, nie mrożoną, ale przechowywaną w sklepowej lodówce. Tortilla ze szpinakiem była moją ulubioną. Moi Hiszpanie patrzyli na nią trochę ze skrzywieniem, nie skrywając do niej odrazy – „ Eee.. nie jest dobra.. Może być skażona salmonellą... „

Nie należała ona co prawda do najsmaczniejszych, więcej w niej było wyczuwalnych ziemniaków niż jajek, lecz było to dobre rozwiązanie na tzw. szybki posiłek pomiędzy zajęciami.. gdy w czasie sjesty wpadałam na chwilę do mieszkania, by po niespełna godzinie znowu biec na uniwersytet. Często dosłownie biec!

Tortilla to także tortilla na telefon, jak u nas pizza. Teletortilla. Firma z ulicy naprzeciwko naszego mieszkania miała niezwykle bogatą ofertę. Mała lub duża tortilla.. z boczkiem... z zielonym groszkiem..

I na koniec: W Hiszpańskich restauracyjkach można dostać tortille de patatas zwaną też hiszpańską (tortilla espanola) oraz tortilla francesa (francuzka), która jest po prostu omletem z jajek, bez dodatku ziemniaków.

sobota, 13 marca 2010

Hiszpania: Alicante - Santa Cruz

Sama nie wiem jak dostałam się aż tak daleko w poszukiwaniu muzeum archeologicznego, którego nie znalazłam.. Była to wędrówka bez mapy. Zaczęłam się wspinać w górę, aż zorientowałam się że niedaleko znajduje się zamek. Castillo de Santa Barbara zbudowany przez Maurów, na miejscu jeszcze wcześniejszej twierdzy.

Droga pięła się wyżej. Zawahałam się czy da się nią przejść - prawie dotykając wąskiego przejścia nad głową przechodnia operował dźwig.. stawiano jakieś konstrukcje.. ok., idę.. chyba zauważą człowieka..

Przemknęłam w górę.. Napotkana po drodze dziewczyna upewniła mnie że ścieżka jest do przejścia.

I znalazłam się w całkiem innym świecie.. Małe domki, kolorowe kafelki, nazwy właścicieli kolejnych numerów. Wszystko takie malutkie, kolorowe, przytulne i bardzo spokojne – jak dla dzieci.

Zauważyłam coś na kształt trasy prowadzącej do bliżej mi nie znanej Ermita de Santa Cruz (Kaplica Świętego Krzyża). Postanowiłam kontynuować..

I nagle znalazłam się całkiem blisko zamku, dostatecznie blisko na zdjęcie, lecz niestety ani dojście do niego, ani też do zagadkowej kaplicy nie było możliwe. Trasa zamknięta ze względu na remonty..
Rozejrzałam się dookoła.. klimat jakby dobrze mi znany.. południowy.. a nawet i więcej.. i ten dach domu używany jako balkon.. poczułam Maroko, leżące zaledwie po drugiej stronie morza, do którego już niedługo miałam wyruszyć.

Opuszczałam starą dzielnicę Santa Cruz by wrócić do centrum..

czwartek, 11 marca 2010

Hiszpania: Południe

Południe Hiszpanii. Jestem tu po raz pierwszy. To legendarne południe przyciąga moje myśli już od dłuższego czasu, a właściwie sprzed pierwszej wizyty w tym kraju.

To południe, które było kiedyś Al-Andalus, a może jest nadal ? , ukryte w niektórych, niezmiennych fragmentach hiszpańskich i niehiszpańskich.

Gdy wychodziłam rano z domu (był początek lutego), minus 8 stopni. Po przylocie do Alicante zmiana na 20. Byłam oszołomiona tym ciepłem. Luty.

Mówiąc znowu po hiszpańsku czułam że lubię to robić. Czyniło to teren ten bardziej przystępnym. Zawsze mogłam zapytać o drogę, o informacje dot. praktycznie wszystkiego.. od pytania o połączenie z lotniskiem do : Jak kupić colę, skoro automat nie posiada wrzutki na monety? - Aaaa.. wchuć monety do tego obok - mają to samo, wspólne wejście na monety... I faktycznie zadziałało, a już myślałam że to ja mam problem.. :)

Alicante położone jest na Białym Wybrzeżu (Costa Blanca). Niedaleko znajduje się Elche, o czym informują mijane po drodze drogowskazy pokazujące kierunek na gaje palmowe ( El Palmeral ) wpisane na listę UNESCO. Miejscowość ta, dająca imię sławnej kamiennej damie – Damie z Elche – rzeźbie kobiety skupiającej w sobie styl zmiany czasów – iberyjski i grecki. Ten kamienny posag ma coś w sobie, coś przyciągającego uwagę. Takie przynajmniej zrobił na mnie wrażenie, gdy dwa lata wcześniej ogladałam go w Muzeum Archeologicznym w Madrycie. Muzeum warto odwiedzić, bo pomimo że nie jest oszałamiające, to dla tej tylko rzeźby, grzechem jest do niego nie zajrzeć.

środa, 24 lutego 2010

Polska: Zima tego roku


Zima tego roku jest/była ciężka.. Przynajmniej tak ja ją pamiętam jeszcze sprzed wyjazdu z Gdańska. Śnieg nie po kolana, ale na pewno dużo powyżej kostki!! Zwały śniegu..

Z mojego bloku rankiem często wydostać się przez nie odśnieżony chodnik było dość zabawnie.. Ludzie w mojej okolicy, a dokładnie z otoczenia mojego bloku i kilku kolejnych, z dnia na dzień, co dzień od nowa wydeptywali wąziutką mini ścieżkę o szerokości stopy – która, zdawała się, być krótszym rozwiązaniem niż trzymanie się nie odśnieżonego chodnika.. Ale czy takim była? Nie wiem.. , ważne że codziennie wybierałam nią przechodzić. Miała w sobie to coś zachęcającego..

Śnieg jest biały. Kojarzy mi się zawsze z puchem, z czymś miękkim. Takie też właściwości śniegu znali pewni chłopcy sfotografowani przeze mnie pewnego popołudnia.

Dla mnie śnieg ma także skojarzenie z zimnem i chłodem i z wodą którą zostawia po sobie. Chłopcy bynajmniej nie tak sądzili.

Z rumieńcami od zimna, na granicy odmrożenia być może, pławili się w tym śniegu.

Ja na to ochoty nie miałam. Chyba nie jestem już dzieckiem, a może i szkoda..

środa, 27 stycznia 2010

Ulga w Auschwitz – 27.01.1945

Dziś minęło 65 lat od dnia kiedy Auschwitz przestał kontynuować swoje istnienie, wyznaczone wejściem na jego teren żołnierzy Armii Czerwonej..

„My, członkowie narodu żydowskiego, dobrze się z tą lekcją zapoznaliśmy, po tym jak straciliśmy jedną trzecią członków naszego narodu na ziemi europejskiej, która spłynęła krwią, nauczyliśmy się, że jednym sposobem obrony naszego narodu jest silne państwo Izrael i jego silna armia.”

Powyższe słowa premiera Izraela, Beniamina Netanjahu, brzmiały dość mocno na tle innych wypowiedzi i zobaczyłam w nich wojnę, odpowiedź na tamtą unicestwiającą siłę - nowa siłą.. Siła łatwo rodzi przemoc. Nie wiem czy akurat te słowa były potrzebne podczas uroczystości jaka miała miejsce dziś, na terenie byłego obozu Auschwitz-Birkenau z okazji 65 rocznicy jego wyzwolenia.

Jak powiedziała jedna z osób przemawiających, nie pamiętam dokładnie kto: „Nie zawsze silny ma rację.”

Kiedy tak się zastanawiam nad tym co miało miejsce w tym i innych obozach w czasie II wojny światowej, trudno mi ogarnąć to rozumem. Coś jak WIEM lecz równocześnie jak NIE ROZUMIEM. I ta świadomość że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Cierpienie którego nie można opisać.

Także dla kogoś z mojej rodziny kres życia nadszedł w Auschwitz, 07 września 1942 roku.

Nigdy tam jeszcze nie byłam.

Gdy w sierpniu 2009 roku, rozmawiałam z pracownikiem muzeum na terenie byłego obozu na Majdanku, jego ręka zataczała koła w powietrzu, próbując mi pokazać pierwotny zasieg obozu. Wskazywała na prawo od głównego pomnika, w stronę w kierunku miasta, gdzie stoją bloki dzisiejszego Lublina.. domki jednorodzinne przylegające do terenu obozu. „Tak, to kiedyś był teren obozu, a co znajduje się w tej ziemi, czy dokonywano tam właśnie jakiś egzekucji? .. nie, o to nikt nie pyta, nikt się nie zastanawia.”

Łatwo się zapomina.

wtorek, 1 grudnia 2009

Psychologia międzykulturowa

Wstydzę się, gdy ktoś uważający się za lepszgo ( bo z cywilizowanej i bogatszej Europy) łaskawie przejdzie się brudną ulica kraju trzeciego świata i zrobi jego meta-analizę streszczajac w kilku zdaniach całą prawdę o danym kraju/kulturze, uważając się za bystrego eksperta w ocenianiu innych. Ale niby dlaczego posiada tę nieomylność? Być może wyłącznie dlatego, że tak się mu lub jej wydaje i tyle, wystarczy..
Jest to dość zabawne zjawisko, jeśli mam być ironiczna, częściej mnie to jednak denerwuje lub poprostu wprowadza w zażenowanie..

Dlaczego właściwie jesteśmy tacy lepsi? Z Europy?
Czy można poznać jakiś kraj, kulturę jaką współtworzą ludzie tam mieszkający, jeśli nasz pobyt w kraju tym ogranicza się do siedzenia na terenie hotelu, tzw. getta dla ludzi nie zainteresowanych tym co poza. Lub czy można poznać kraj, jeśli przejedzie się go rowerem, powiedzmy w ciągu kilkunastu dni, zatrzymując się gdzieniegdzie na kawę i nocleg, czy też być może w ciągu kilkudniowego pobytu podczas zwiedzania i pstrykania fotek,, przelatujac
w szalonym tęmpie napotkane miasta, 1 miasto na dzień ?
Tak właśnie wiele osób staje się ekspertem... i jest to trochę smutne.. bo tworzy dużo półprawd i pogłębia stereotypy..

A co mnie to obchodzi - powie ktoś. Wyjdę poza mury białego wysokiego hotelu, przejdę się po egzotycznej głośniej, buchającej orientem ulicy i po kilku spojrzeniach już wiem - tak.. tu jest tak.. to znaczy.. to .. jak tak patrzą .. to myślą sobie na pewno to.. i w ogóle to jestem lepszy bo mam białą skórę i jasne oczy (może niebieskie?), jasne włosy (może blond?) a oni się na mnie patrzą??.. bo wszyscy mają ciemniejszą skórę i ciemne włosy .. Pewnie chętnie by się ze mną zamienili..

I tym tokiem myślenia podążając już wie się wszystko. Po 2 tygodniach wraca się do kraju.. o tu.. tu na fotografii stoi kobieta.. pewnie ją mąż bije jak twarz odsłoni..
A jak mnie sprzedawca w sklepie naciągnął, czyli oszukał, to znaczy że wszyscy „oni” są tacy sami – niedobrzy.. i ...
A tu dzieci bawią się w śmieciach.. brudne ale chyba szczęśliwe..

A czy dla dziecka ma znaczenie czy jest czyste czy ubrudzone jeśli dobrze się bawi ??

Dobrze, że jest coś takiego jak psychologia międzykulturowa. Dlaczego oni tak żyją? Dlaczego takie maja zasady? W jaki sposób oceniają? Co jest ważne? Do czego się dąży? W jakich kategoriach się myśli?
Warto trochę oderwać się od tego co się zna, swojego kraju, mojego sposobu myślenia i kategoryzowania i poobserwować i spróbować zrozumieć, spróbować posłuchać, porozmawiać.. poczuć i zostawić sobie margines na rzeczy których nie można wytłumaczyć..
Dlatego lubię psychologię międzykulturową, choć, by trafnie rozumieć prawa innego świata nie jest ona niezbędna.