Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś do jedzenia lub coś do picia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś do jedzenia lub coś do picia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 listopada 2011

Czas daktyli i wyjazdow..

Czas nowych tegorocznych daktyli. Jesien w pelni. Oaza Erfoud organizuje wydarzenie daktylowe. Wlasnie trwa a mnie juz tu nie ma. Wyjechalam w srode, wyjechalam po 2 latach. Na pewno jeszcze wroce, nie by mieszkac i pracowac, ale by zobaczyc wiecej ten fascynujacy, naprawde turystycznie bardzo atrakcyjny skrawek polnocnej Afryki.

niedziela, 30 października 2011

Wrzesniowe i pazdziernikowe

Jeszcze niedawno widzialam w sklepie dojrzale nashi, ktore pojawily sie we wrzesniu. Owoce nashi wygladaja jak niewielkie jablka, sa mniejsze, lekko pomaranczowe i idealnie okragle. Skorka jest nakrapiana. Polki sklepowe informuja ze to produkt lokalny.


Zglebilam nieco temat z wikipedia ktora podaje ze nashi  to rodzaj gruszki pochadzacej z Azji. teraz widocznie uprawianej takze w Maroku. Czasem ja, jak tez i ludzie stad nie wiedza czy owoc jest lokalny, lokalnie wychodowany i pochodzacy z Maroka czy nie. Globalizacja to byc moze.
Owoc w kontakcie z naszymi zebami przypomina gruszke, smakuje bardziej w kierunku jablka.


Dojrzale nashi ma zachwycajacy posmak slodkiego bialego wina.
Nashi znane jest pod kilkoma nazwami. Jablkowa gruszka (apple pear) jest chyba najciekawsza i najtrafniejsza z nich.
Wrzesniowe i pazdziernikowe jablka, granaty i awokado. Pojawiaja sie na ulicznych stoiskach, ustawione w geometryczne stozki w supermarketach, zapelniajace waskie uliczki mediny. Pojawiaja sie i znikaja. I tak na dobra sprawe mozna powiedziec ze przez caly rok na jakis owoc sie natkniemy.Mrozonki. Nie tego sie tu nie praktykuje, tego sie nie kupuje. Byloby to stanowczo za drogie rozwiazanie dla przecietnego mieszkanca Maroka.
Tegoroczny wysyp daktyli sie zaczal. Suszone figi juz tez sa!

wtorek, 27 września 2011

Prognoza pogody

Wrzesien to fajny miesiac. Jest slonecznie i zielono od tych wszystkich palm, jak zawsze zreszta zielonych. Brakuje mi tylko kolorow polskiej jesieni. Tylko i az.Przyjemne cieple slonce nie utrudnia zycia. Mozna pracowac i wychodzic na zewnatrz o ktorej sie chce. Nie trzeba siedziec w domu do godzin popoludniowych, a czasem oznacza to do 17:00.

mur Oudaya, przyjemnej czesci Rabatu. zawsze duzo tu turystow.

Miesiace uplywaja, a ja sie w tych miesiacach gubie. Niektorzy lokalni twierdza ze Maroko ma 4 pory roku, ja ich nie potrafie nazwac porami. Sa to byc moze 4 sezony skokow temperatury, ale tak bardzo roznych jak w Polsce por roku tu nie ma.
Sa tez obserwatorzy zycia, ktorzy wspominaja pogode sprzed lat, powiedzmy 10-ciu. Wszystko idzie w kierunku 2 sezonow, pory deszczowej i tej slonecznej - analizuja. Jak na razie Maroko ma krotkie upalne lato i moze to i dobrze ze jest takie krotkie. Nastepnie nastepuje jakby lato, ktore nie jest juz takie krotkie, choc nie jest juz tez upalne i to jest jego wielki plus.

27 wrzesnia. 16:00. Koncze prace.

Rabat  gdzie jestem ma 25.0 °C
na polnocy bardziej Tanger 23.0 °C
bardzo goracy Fes 29.0 °C
Marrakech 30.0 °C
i hotelowy Agadir 25.0 °C

Miasta wewnetrzne, jak Marrakech i Fes, maja zawsze gorzej, zawsze jest gorecej. Pozostale ciesza sie nizsza temperatura dzieki obecnosci oceanu a w przypadku Tanger'u dodatkowo Morza Srodziemnego.

Wracajac do domu przypomniala mi sie Grecja i jedne spedzone tam wakacje, gdy podczas goracych dni pilam namietnie i nalogowo, podobnie zreszta jak wszyscy wokolo mnie, caffe frappe w wysokich szklankach. Duzo kawy, duzo napoju i to wszystko zimne.

Dzis w domu, zapewnie wspominajac moze i Grecje, a moze i nie, zrobilam sobie cos, co do tego dzisiejszego, bardzo cieplego, dnia pasowalo. Lokalna, wlasna wersja kawy mrozonej.

Mowiac calkiem ogolnie w Maroku takich kaw mrozonych sie nie pije. Kawa z mlekiem, espresso, ale nie takie dziwo. Bardzo prawdopodone ze gdy ja pilam swoja kawe sasiedzi moi pili sobie slodka mietowa herbate przygotowywana jak zawsze w nieodzownym i  wszechobecnym czajniku.

Skladniki
+ mleko pasteryzowane (z lodowki)
+ mleko waniliowe, takie dla dzieci (z lodowki)
+ jakas kawe instant
+ czekolade gorzka jesli ktos lubi kawe i cos ze slodyczy pochlaniac razem


Mieszamy calosc, recznie/w mikserze/shakerze, dodajemy wedlug uznania mleka; cukru juz nie trzeba bo mleko waniliowe jest same juz w sobie BARDZO SLODKIE, jak wiekszosc produkow, ktore w Polsce bylyby slodkie mniej. Wszelka produkcja jest tu nakierowana pod gusta tutejszych konsumentow - slodkolubnych.

Gotowe!

czwartek, 19 maja 2011

Gdy zbliza sie koniec, koniec wiosny

Gdy jacarandy* na nowo staja sie fioletowe, a bujna, krotko przystrzyzona trawa pokryta jest opadem filetowych kwiatow, gdy mozna zobaczyc czerwone drzewo..

fioletowe kwiaty

czerwone drzewo

Robi sie coraz cieplej, co moze przejsc nawet i niezauwazone.. gdy czasem brakuje tlenu w powietrzu.. gdy tak jak, w tym,  jak i poprzednim tygodniu temperatura faluje od dwudziestu paru do trzydzistu kilku stopni..

Gdy po 36 stopniowym dniu, powietrze w koncu  nie wytrzymuje i musi byc juz ta super krotka i obfita ulewa, ta przelotna burza..

Gdy na rynku pelno jest dziwnych nieznanych pomaranczowych owocow, gdy pojawiaja sie te ogorki, ktore ogorkami nie sa.. gdy mozna juz tylko niekiedy dostac truskawi, bo to wlasciwie juz po sezonie.. i gdy autobusy sa pelne podrostkow wracajacych z oceanicznej plazy..

dlugi nie-ogorek (armenian cucumber) i popularna forma jego podawania: starty w formie wodnej a'la zupy z dodatkiem oregano


.. to wlasnie wtedy wiadomo ze zbliza sie koniec, koniec wiosny..

A tegoroczny Mawazine** juz wkrotce..
_____________________________________
* pisalam o jacarandach tu: Jest niebiesko
** o zeszlorocznym festiwalu Mawazine mozna znalezc pod etykieta: festiwale i wydarzenia

środa, 10 listopada 2010

(Jeszcze nie) Beczenie baranów

Owce na wszystkie strony. Owce tu, owce tam. Owce z wstążeczką, owce na raty, owce do wygrania. Owce czarne, białe, owce jeszcze swawolne i radosne.
Owieczki i baranki spoglądają z plakatów. Każda jedna trafi do rodziny. Owce kroczące z czapką na głowie, różową!, owce na łące, owce w towarzystwie.. grilla.
Jedynie duży supermarket brutalnie rozwiewa te fantazje. Plakaty z owieczką plus stoisko z grillami, węglem i sprzętem do rożna.. Tu wiadomo o co chodzi.
Już za kilka dni wielkie grillowanie, a zatem czas na owcę lub baranka.

Rodziny które nie mają pieniędzy jakimś cudem będą te pieniądze miały, pieniądze na tegorocznego baranka. Przecież trzeba mieć! Taki baranek to kwota równa miesięcznej najniższej marokańskiej pensji, tej najniższej ustanowionej przez rząd, bo wiadomo że niższe też się znajdą..
Barana albo owcę trzeba ofiarować. Na krowę nie każdy może sobie pozwolić. Wielbłąd może być, ale to już rzadka rzadkość.
Nie to nie może być kurczak, bo to byłaby śmieszna ofiara na to Święto Ofiarowania, na Aïd El Adha. Kurczak jest na to za tani!
Będą wzięte kredyty, będzie się pożyczało od rodziny. Ale mięso będzie!
Nikt nad baranem nie zapłacze. Nikt się nie wzruszy. To czas gdy mięsa jest pod dostatkiem, i właśnie baran go dostarcza. Po to właśnie jest, by go zjeść.

Spójrz! Mówi kobieta do 2-latka. Lew! – odpowiada mały. Nie, to nie lew – wyjaśnia i pokazuje jeszcze raz kobieta w hijabie. To baran. Patrz. Baran. Na święta go zabijemy.
- A on wie co to za święto? - Tak, on to będzie lubił! Spójrz, zwraca się znowu do chłopca, wykonując palcem ruch pozorowanego nacięcia na własnym gardle, tak jakby był to nóż wykonujący nacięcie zgodne z rytuałem. Nie, chłopiec nie patrzy na palec-nóż, w końcu to nie jego mama opowiada. Jemu bardziej podoba się jednak ta owca z obrazka.


wtorek, 28 września 2010

Czy to już jesień?

Jesień się zbliża. Bociany które były tu jeszcze w lipcu znikły w miesiącu sierpniu. Jakiś tydzień temu wróciły. Nie wiem skąd. Może z Polski, może tylko z pobliskiej Hiszpanii? Teraz, po dwa w każdym gnieździe widoczne są w każdym miejscu.

Słońce nieco później wstaje i szybciej zachodzi. Wieczory mają czasem chłodnawy posmak i wiatr staje się nocą jakiś zimny.

Pojawiają się pierwsze granaty, choć to jeszcze nie ich sezon, jeszcze nie są bardzo słodkie. Już niedługo. Czekamy.

Pomarańcze, te na słodki napój, kończą definitywnie swój żywot, właściwie ich sezon kończył się całe lato. Nadal można jeszcze je spotkać, jednak to już nie ten smak znajdowany w szklance wyciskanego soku.

W pewnej górskiej dolinie, gdzieś tam na wysokości pomiędzy 1100 a 2000 m n.p.m. trwają właśnie zbiory jabłek, choć to jeszcze nie ich czas w pełni. Mijamy sady z małymi kilkuletnimi drzewkami, z grupkami zbierajacych je kobiet, z przycupniętymi przy drogach sprzedawcami owoców. Może ktoś się zatrzyma i kupi kilka? Jabłka są małe, twarde, mięsiste. Są soczyste, o intensywnym, w pełni owocowym smaku, całkiem jak te które znam z Polski. Kupujemy jabłka i nasza taksówka rusza dalej.


Czy to już jesień i rozpoczęte przygotowania do zimy?

Tak, to już jesień, bo odbył się festiwal w Imilchil’u, olbrzymi suk i moussem*. Ludzie z gór wiedzą kiedy zaczyna się czas przygotowań, kiedy nadchodzi jesień, a lato staje się tylko gorącym zamglonym wspomnieniem..


__________________________
* Moussem to rodzaj wydarzenia społecznego, festiwalu który swój rodowód wywodzi najczęściej od lokalnego  pobożnego męża, tzw. marabuta, którego grób znajduje się właśnie w miejscu gdzie odbywa się świętowanie

piątek, 10 września 2010

Sprzedawcy bez wody


Sprzedawcy wody to słoneczniki w gąszczu medyny, ich kapelusze widać z daleka. Są miękkie, wełniane, czerwone. Można ich porównać do Pana Kapelusznika z Alicji z Krainy Czarów lub do grzybów muchomorków.
Cały dzień na nogach, cały dzień na nogach w potwornym słońcu, od Rabatu w dół mapy. Szczególnie widoczni w Marrakechu. Północ ich nie potrzebuje. Ramadan ich nie wynagrodzi. Kontrolerzy biletów nie zwrócą im uwagi. Czy ktoś ich jeszcze w Maroku chce? Mogą zniknąć, bo są już przecież uwiecznieni w małej rzeźbie na lotnisku Casablanca, na terenie terminalu 2, zanim podejdziemy do odprawy..
Sprzedawcy wody wyparowują jak woda w gorące, niemiłosiernie upalne marokańskie lato..

Prowadzą własną działalność gospodarczą, na tyle własną że nie znajdującą się w świadomości państwa, stąd też nie ma nigdzie ich nazwisk, nie ma ich jako przyszłych emerytów, nie ma ubezpieczenia. Są oni i ich własny codzienny trud.

Nie daję monet wyciągniętym rękom w medynie, kilku osobom ustawionym u podnóża kościelnych schodów co niedziela, choć to kobiety i dzieci. Moja moneta szuka sprzedawców wody w ramadanie. W ramadanie sprzedawcy wody nie mają klientów. W ramadanie sprzedawcy wody żebrzą, jeśli ubrać rzeczywistość w brutalne słowa. Są w porannych autobusach, na często uczęszczanych ulicach, tam gdzie mają szansę natknąć się na większą liczbę przechodniów. I ludzie sobie pomagają - sprzedawca wody wróci pod koniec dnia do domu z jakimś pieniądzem w garści.. może wystarczy.. i tak codziennie przez cały dugi miesiąc, miesiąc ramadanu, wychodzić będą w miasto sprzedawcy wody.. bez wody..

Torba i koziołek pod pachą. I woda która ma w sobie dodatek smakowy a zapłata jest dowolna, daj ile chcesz lub ile masz.

Koniec ramadanu. Sprzedawcy powracają do pracy, na ulicę. Czy odważysz się podejść i kupić od nich wódę?


środa, 16 czerwca 2010

Kosmetyczne kulki

na plakacie panna młoda w tradycyjnym stroju na tą okazję, tylko smutna jakaś..

‘Le salon de la Mariee’ czy co panna młoda w swoim salonie powinna mieć pod ręką – oto motto tego mini ‘festynu-ekspozycji’.. więc zajrzałam pooglądać rzemiosła!
Zaczynając od tradycyjnych strojów kobiecych jak takchita, którym zrobienie zdjęcia było zabronione, przeszłam się pomiędzy stoiskami z wyszywankami ręcznymi, dywanami, również ręcznie wyplatanymi, aż do ceramiki czyli all the best w Maroku. Są to wyroby godne polecenia i nie są tanie. Z tego grona jedynie ceramiką kosztuje niewiele.  
Wreszcie kosmetyki! Tu przystanęłam by zakupić co nieco. Od pewnego czasu, w zasadzie od początku mojego poznawania Maroka, testuję na sobie wszystko co kosmetycznego wpadnie mi w ręce. Maroko ma w tej dziedzinie wiele od zaoferowania. Dobre bo naturalne, nie z nazwy, lecz z prostoty składników i tradycyjnych sposobów wytwarzania. Tu gdzie jeszcze kosmetyki prosto z fabryki są w mniejszości, można skorzystać z tego czego Europa już nie oferuje. Europejska etykieta ‘bio’ wiąże się z  ceną równie do tej nazwy stosowną. Marokańskie wyroby natomiast mogą być równocześnie i tanie i dobrej jakości. Trzeba tylko wiedzieć co jest godne uwagi.
Na koniec docieram do stoiska z jedzeniem, a tu znajduję miody. W Maroku można dostać kilka ciekawych odmian, które w Polsce są rzadkie, jeśli całkiem nie do zdobycia.
Jeśli ktoś ma ochotę na taki zakup to odradzam supermarkety. Drogo a jakość wyrobów nieciekawa. O wiele lepszym miejscem są sklepy z tradycyjnymi produktami lub też, jak w tym przypadku, okazyjne festyny. Zazwyczaj obok nazw arabskich na etykietach widnieją nazwy w języku francuskim. Jest w czym wybierać: eukaliptusowy, pomarańczowy, z tymianku, oregano, lawendy czy też mało komu mówiąca nazwa - krokosz barwierski. Można dostać także miody uzyskane z rozmarynu, mącznicy, wilczomlecza i te pochodzące z gór Rifu lub Atlasu Wysokiego. Miody w Maroku nie są tanie. Przeciętny koszt waha się w przedziale 80-250 DH (8-25 EUR) za słoik pojemności 900ml. Najtańsze są miody eukaliptusowe i z kwiatów pomarańczy, zgodnie z zasadą - im bardziej rozpowszechniona roślina, tym miód tańszy.

u dołu od lewej: szminki ochronne z arganem i woreczki zawierające KOHL do obrysowywania oczu, kolejne zdjęcie: arganowe produkty

od lewej: mydełka peelingujące do twarzy, kremy (skład: wosk pszczeli, olej arganowy i migdałowy) i dalej toniki (skład: wyciąg z lawendy, róży, rozmarynu.. przyznaję się - więcej nie pamiętam!)

oraz kulki które mnie zaintrygowały, od lewej: maseczka na twarz w składzie min.: wytłoczyny arganu + olej arganowy, stosowanie: zmieszać z mlekiem i nałożyć :) , ciemniejsza kulka to odżywka/maseczka do włosów  w składzie min.: wytłoczyny migdałów + olej, stosowanie: zmieszać z wodą i nałożyć na włosy

Kulki zostały wypróbowane i mogę powiedzieć jedno polecamy! - ja i znajoma Marokanka. Ja testowałam specyfik do twarzy, ona do włosów.

piątek, 4 czerwca 2010

Wino i winorośl

Maroko to kraj muzułmański natomiast alkohol to napój zabroniony dla wyznawców. Lepiej alkoholu nie pić bo można się uzależnić, a z tego nic dobrego nie wynika, co powie przeciętny mieszkaniec Maroka..  Tak.. ale sprzedaż napojów alkoholowych nie jest w Maroku zabroniona. Prawie w każdym dużym supermarkecie jest wydzielona część sklepu, najczęściej piwnica, gdzie wchodzi się w celu tego typu zakupów. Często są tam także oddzielne kasy, by wszystko odbywało się ‘mniej więcej’ incognito..
Z alkoholem nikt się nie obnosi. Po zrobionych zakupach klienci udają się do domu, uprzednio upewniając się że owe nabytki nie są widoczne dla ulicznych przechodniów.
Nie tylko można nabyć alkohole zagraniczne, ale także te Made in Morocco. Można by zapytać ze zdziwieniem – A jak to? A tak.. Marokańskim terenem produkcji winorośli już od lat są okolice miasta Meknes (miedzy innymi). Lata tam są upalnie i bardzo słonecznie. Wino krajowe jest tanie i jak zaświadczają konsumujący - dobrej jakości.

Czasem jakiś imam zapyta jak to jest z tą produkcją, na co pojawią się głosy producentów i sklepikarzy że przecież w Maroku mamy tylu obcokrajowców!!..  którzy tej ilości nie wypiją sami!! – odpowiedzą znowu religijni. Sprzedaż trwa.

Można znaleźć wina w restauracjach miejskich, w hotelach czy w cieszących się bardzo złą sławą tzw. 'barach' z alkoholem. Niektóre kawiarnie także mogą zaoferować coś mocniejszego. Natrafić na nie można przede wszystkim w centrach dużych miast, takich jak Rabat czy Casablanca.

I jeszcze alkoholowo-reklamowo dodam że w przeciętnym magazynie można znaleźć także co nieco odnośnie tematyki. W gazecie codziennej, czy to wydawanej po francusku czy arabsku, nie znajdzie się nic z tych rzeczy!
Magazyn, taki tygodnik, porównywalny z polskim Newsweek’em czy Polityką, zawiera jak na mój gust więcej niż po tego typu prasie można być się spodziewać. Ale Maroko to nie Polska. Reklamy tu są, i to w liczbie nie pojedynczej. Magazyn który ostatnio przeglądałam zawierał: dwie reklamy wina, jedną wódki i whisky. Całkiem sporo jak na magazyn społeczno-polityczny.

 reklama nie do przeoczenia

Tematycznie przy winie jest winorośl. Z niej ‘na dzielnicy’ można pozyskać nie tylko dorodne winogrona, ale całkiem konkretny cień przydatny w upalne dni. Miasto.. więc pól uprawny brak, a i często skrawka niezabetonowanej ziemi! Ale sobie i z tym także poradzić można.

'zakamuflowana' winorosl wyrastająca obok nic nie podejrzewającego drzewka, pnąca się dalej w górę

tu na jeszcze wyższym domu..

winogronowy dach i ta pewność że tylko właściciele będą mieli winogrona w zasięgu ręki, z poziomu ulicy o winogronach można tylko pomarzyć..

poniedziałek, 24 maja 2010

Festiwal i wokół festiwalu

Przed pierwszym koncertem w dzielnicy w której mieszkam cuda się działy. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętają takiego święta aby na ulicach widziano pojazdy czyszczące.. A tu proszę! Pierwszy koncert wieczorem a prace porządkowe na przyległych ulicach trwały już kilka godzin przed..

duża wersja tego co u nas w Polsce "poleruje" podłogi w supermarketach, tu poleruje ulice.. 

 
szybka akcja: skok w biegu i już na piechotę zbieranie pojedyńczych śmieci..

Jakie do tego były komentarze? „A może ktoś ważny będzie przejeżdżał tędy na inaugurację występów i zauważy że 'ta' firma nic nie robi. Maroko to kraj hipokryzji.” - powiedział pewien mieszkaniec miasta.

W poprzednich latach wszystkie sceny muzyczne festiwalu lokowane były w Rabacie, jako że festiwal jest wydarzeniem stolicy. W tym roku po raz pierwszy także miastu Salé przypadła jedna ze scen. Na miejskiej plaży, oddzielonej zaledwie nurtem rzeki Bouregreg od Rabatu, mają miejsce występy rodzimych wykonawców, bo jak głosi nazwa jest to Moroccan stage.

plaża i miasto Salé

Na plaży pojawił się także olbrzymi BRET (czajnik na herbatę) promujący najpopularniejszą markę dostępnej w Maroku herbaty – ja jako konsumentka poznaję, poznaję :) Tak, wszyscy w Maroku kochają herbatę, Marokańczycy czy obcokrajowcy, bez różnicy! Ostatnio nawet znajomy Japończyk mieszkający tu od kilku miesięcy, podzielił się ze mną swoimi przemyśleniami. Przyzwyczajony do japońskiej zielonej herbaty bez cukru teraz używa także herbaty a’la Maroko, bo jak mówi „gdy jestem zmęczony ta herbata przywraca mnie do życia.” Świat zwariował! Wszyscy kochają ten cudowny cukier! :)

 
za olbrzymim czajnikiem widoczny stary cmentarz Salé, dalej podświetlone mury miejskie i bardziej w głębi poteżny minaret Wielkiego Meczetu

niedziela, 2 maja 2010

Maroko: W marinie

Maroko zmienia się bardzo szybko. Także Rabat się zmienia. Miasto powiększa się. Ciągle i nadal coś się przebudowuje..
Od 2008 roku od kiedy obserwuję Rabat, gołym okiem widzę zmiany. Szczególnie jeśli chodzi o realizację projektu budowy mariny..

początek 2008 roku - nadal nic, marina widoczna w oddali

już pracują pierwsze dźwigi, lato 2009

widok na deptak nadrzeczny - w oddali widoczne wspomniane kawiarnie, lato 2009

powstające hotele po stronie Salé, pochmurny dzień, wiosna 2010


Według tego co ludzie gadają, projekt wymyślił jeden lokalny profesor uniwersytecki i jak to zawsze w Maroku bywa, przedstawił go królowi, tenże pochylił się nad pomysłem i go zaakceptował co faktycznie oznacza że znaleźli się inwestorzy i budowa ruszyła. Brzydkie plotki głoszą że pierwotnymi inwestorami byli obywatele Arabii (Saudyjskiej lub jednego z krajów Zatoki) których, nawiasem mówiąc, się tu nie za bardzo lubi, ale to już inna historia. A więc według lokalnego podania oni to wykupili cały pas doliny, po obu stronach rzeki Bouregreg, która oddziela stolicę od przyklejonego do niej miasta Salé.
Niestety inwestorzy plan mieli zbyt wysoki. Wielokondygnacyjne hotele, gdyby powstały, przykryłyby medinę Rabatu i Salé, zmieniając na zawsze panoramę .. Wywołało to sprzeciw władz miasta i narazie nie wiadomo jak sprawa wygląda.. a Saudyjczycy sobie odjechali.

Natomiast sam projekt mariny, już z innym inwestorem, kwitnie..  Chodzi dokładnie o odcinek leżący tuż u podnóża starej mediny Rabatu, przy ujściu rzeki do oceanu.  W 2009 roku nadrzeczny deptak i kawiarenki po stronie stolicy zaczęły funkcjonować, a 2010 rok to już restauracje po stronie miasta Salé i nie byle jaka marina z jachtem brata króla na przedzie (dla niewtajemniczonych - to ten największy jacht w marinie ma się rozumieć).

Powstają ekskluzywne apartamenty i hotele.. Funkcjonujące od niedawna restauracje przyciągają właścicieli łódek i nie tylko.. Nie jest to ze względu na cennik miejsce dla przeciętnego mieszkańca miasta, niestety.. Jest tu nowo, drogo i wykwintnie. Podam tylko że cena za samą tylko kawę jest 3x wyższa niż suma jaka zapłaci się w medinie..
Dwa nowo otwarte lokale mariny to restauracja hiszpańska i pierwsza tradycyjna restauracja japońska w Maroku z iście japońskim menu. W „hiszpańskiej” ciągle ruch, mniemam że walą tam tłumnie stęsknieni swojskiego jedzenia Hiszpanie pracujący tu w stolicy. Co do restauracji japońskiej - zostałam zaproszona na sashimi 3 dni po otwarciu.. nadal jeszcze nie było gości.. poza pałacem.. Kto z pałacu? Brat króla oczywiście. Król (z tego co wieść gminna niesie przybywa najczęściej w Tetuan na północy lub też w Fezie).

Dla mnie był to pierwszy raz z japońskim sashimi. Było zabawnie i nieco nagannie. Pałeczki nie działały w mojej ręce.. Surowe kawałki ryby mnie nie zachęciły.. a obok czujne oko szefa kuchni który dotrzymywał nam towarzystwa.. hm.. ciekawe? Byliśmy królikami doświadczalnymi..  tak się trochę czułam..
Poza sashimi, o którym zostałam poinformowana że to sashimi, (doprawdy moja wiedza na temat kuchni japońskiej jest żenująca ) byłam w stanie zidentyfikować także zupę misoshiru, czyli tradycyjna zupę z tofu i wodorostami w składzie. To ona mi najbardziej smakowała, co zabolało zapewne kucharza, jako że była tylko dodatkiem do sashimi..

fot. wikipedia

Szef kuchni był bardzo miły. Opowiadał jak to się znalazł w Maroku, mówił o 6 porcjach sashimi przygotowywanych każdego dnia.. dla kogo? Dla brata króla oczywiście! Wyraził swoje zaniepokojenie widmem busy time gdy nieistniejące obecnie hotele/apartamenty będą gotowe.. hm..

Następnie po moim nieokrzesanym postępowaniu z sashimi nastała pora na herbatę. Japońską oczywiście z Japonii. W proszku oczywiście. Green powder. Był to prawdziwy test i oczy szefa kuchni śledziły pilnie 3 konsumentów.. Japończykowi smakowało, swój chłop więc wie co dobre. Dla niego PLUS. Ok. Dalej. Ta z Europy.. z Hiszpanii.. a nie! ..z Polski. Ok. Smakuje. PLUS. I następnie BIG test na siedzącym obok mnie Marokańczyku, poinformowanym zapobiegawczo o braku cukru w naparze. Koncentracja szefa kuchni - podniesienie naczynia do ust – i duże mniam mniam pojawiające się na twarzy Marokańczyka – ulga i uśmiech kucharza! Duży PLUS. I od tej chwili kucharz ma nadzieję że kochający herbatę z olbrzymią ilością cukru, lub też cukier w herbacie (trudno powiedzieć która sentencja bardziej prawdziwa) Marokańczycy także staną się klientami dla japońskiej herbaty.. hm.. nawiasem mówiąc w cenie 5x wyższej od ceny herbaty marokańskiej w  medinie.. no cóż po raz drugi.. to nie będzie marina dla każdego...

herbatka z szefem kuchni, a po prawej za mną sławetny jacht

Sashimi skończone a tu jak lunęło.. z nieba.. i jesteśmy przetrzymani tu w środku.. bo leje naprawdę niemiłosiernie, oznaka że zbliża się lato i temperatury wzrosną w oka mgnieniu!
Więc kolejna herbata i kolejny dzbanek i kolejny.. z pięć może ich było.. nadal pada.. Kucharz zagłębił się w siebie i przyniósł po chwili lody waniliowe. Zapewne byliśmy grzeczni. Lody bardzo dobre choć z pewnością nie japońskie!

W Maroku życie czasem boli. Podział bogaci - biedni jest aż nadto widoczny a przepaść dzieląca obie grupy jest olbrzymia. Całkiem inne życie, poziom życia dokładnie i całkiem inne to Maroko dla każdej z grup.

moje pałeczki - dostałam by poćwiczyć w domu..